Każdy fotograf umrze. Tylko po nielicznych pozostaną zdjęcia, którymi zainteresują się żywi. Wyraźnych reguł w procesie fotograficznej kanonizacji brak. Z pewnością jeszcze za życia należy zadbać, by przechodzący żałobę bliscy nie wyrzucili w pierwszym odruchu archiwum na śmietnik lub bez sensu nie rozproszyli dorobku. Warto też zastanowić się, co się fotografuje i co chce się w fotografii osiągnąć. Szansę na dającą się objąć ludzkim umysłem nieśmiertelność zwiększa bycie z aparatem w miejscu i czasie, gdy dzieje się historia. W polu sztuki wypadałoby eksperymentować, konsekwentnie działać i pogłębiać temat nie oglądając się na trendy i licząc na obecność w podręcznikach historii w jakiejś mniej lub bardziej awangardowej niszy. Zwyczajowo większe zainteresowanie gawiedzi budzą kolorowe zdjęcia pięknych kobiet, wszelkiej maści bohaterów, zmysłowych kwiatów, serdecznych michałków, czy egzotycznych pejzaży. O niebo trudniej znaleźć amatorów nudnych, czarno-białych i szarych fotografii, na których nic się nie dzieje i nikogo nie widać. To nisza nisz, co z tego, że artystyczna. Operujący w skali szarości artyści mogą wprawdzie liczyć na odkrycie po śmierci, na przewagę, którą da im czas, bo przecież fotograficzni celebryci dość szybko giną zadeptywani przez kolejne fale spragnionych sławy i pieniędzy konformistów. Mogą liczyć, ale mogą się też przeliczyć. Niektórzy powracają po śmierci z marginaliami, przyćmiewającymi dzieło życia, a w tle słychać chichot historii. W ostatnich dekadach coraz więcej kanonicznych figur to outsiderzy jak Vivian Maier, czy Miroslav Tichy.
Każda fotografia jest grobem. Zdjęcia minionych chwil i zmarłych bliskich zaświadczają o tym chętnie. Ale co jest grobem fotografii? Wystająca ledwo ponad zaśnieżony horyzont ziemianka wygląda na równie niepozorną, co solidną. Kamienna konstrukcja i drewniane drzwi mają swoje lata, o czym świadczą dziury, ubytki i przetarcia. Upływ czasu uszlachetnia, a to, co banalne staje się surowe i szlachetne. Centralna kompozycja kadru podnosi rangę rzeczywistości, a prosta, pierwotna forma architektoniczna zyskuje rys klasyczny. Drzwi do ziemianki pozostają zamknięte metalową sztabą z kłódką. Nie widać tego, co we wnętrzu. „Od czasu mojego odkrycia sansary, wiem że nie jestem sam”, pisze w komentarzu do zdjęcia Wojtek Moskwa. „Nie potrafię jednak pozbyć się wyrzutów sumienia, a może nawet uczucia zdrady religii, którą całe moje życie z uporem wpajała mi mama”. Znana hinduistom, buddystom, czy wyznawcom dżinizmu sansara, czyli wędrówka dusz, dusz które po śmierci w zależności od nagromadzonej za życia karmy wcielają się w kolejny byt, zmierzając ku nirwanie przeciwstawiona jest tu – jak można się domyślić – katolicyzmowi lub, szerzej, ufundowanemu na wierze w zbawienie duszy chrześcijaństwu. Zamknięta na kłódkę zarośnięta piwniczka staje się miejscem, w którym można zatrzymać zdradę religii i matki, zamknąć za drzwiami to, co było i spojrzeć na to, co niepewne i niewiadome i czego nadejście przeczuwa fotograf. Otworzyć się na żywioł, który szaleje dookoła w postaci śnieżnej zamieci. Zimno i alienacja z jednej strony, niedostępność i odcięcie powrotu do tego, co minione z drugiej. Fotografia jest doskonała w swojej prostocie, przypomina staranne kompozycje mistrzów modernizmu od Edwarda Westona po Alberta Renger-Patzscha. W formie żelatynowo-srebrowej odbitki mogłaby być ozdobą niejednej kolekcji, ale przychodzi za późno i przedstawia motyw zbyt ponury, by go spieniężyć i się na nim wybić. To jak podzwonne dla wielkiej sztuki fotografii, która kiedyś, całkiem niedawno znaczyła o niebo więcej niż znaczy dziś. Modernistyczni mistrzowie komunikowali się z rzeszą odbiorców przez wydawane w tysiącach egzemplarzy albumy, odwiedzane tłumnie wystawy, czy kolekcjonowane i cenione przez krytyków odbitki. W naszych czasach tego typu doświadczenie właściwie już nie istnieje, ustąpiwszy miejsca żałosnemu doomscrollowaniu na telefonach niskiej jakości obrazków wygenerowanych przez boty. Nieprzypadkowo zapewne zarówno w chrześcijaństwie, jak i w buddyzmie mamy pewność, że zbliżamy się do końca czasów i będzie coraz gorzej, i tak aż do ponownego przyjścia pana, aż do osiągnięcia nirwany. Fotograf jest dziś sam, a może zawsze był, choć dziś bardziej to odczuwa. Przecież fotografuje wciąż licząc na sławę, pieniądze i sukces, a nawet nieśmiertelność, choć wie, że szanse na cokolwiek są zerowe. To poważna próba dla artystycznego ego i fotografia zdaje się skutecznym narzędziem wytracania iluzji wielkości.
Każdy fotograf umrze. Niektórzy, a nawet większość, jest martwa już za życia. To dobrze, bo mają inną perspektywę, inne zadania do wypełnienia. Podejście do rzeczywistości Wojtka Moskwy przypomina uporczywy ogląd doktora z Szatańskiego tanga Laszlo Krasznohorkaia, który usilnie pragnie coś wiedzieć. Patrząc na zdjęcie bezimiennej piwniczki dostrzegamy jak się zapadła pod wydanym na nią wyrokiem śmierci. Fotograf zaś jest zbyt słaby, by samemu zatrzymać zwycięski pochód zniszczenia, jakkolwiek by się opierał, nie jest w stanie przeciwstawić się tej sile niszczącej domy, wsie, drzewa i ziemię, krowy na pastwisku, ptaki nadlatujące z wysoka, ludzkie ciała, pragnienia i nadzieje. Jedyne, co może uczynić, to własną fotografią sprzeciwić się złowieszczemu i podstępnemu rozpadowi. Podobnie jak doktor Krasznohorkaia „wierzył bowiem, że kiedy już to wszystko, co kiedyś wzniósł tu murarz, zrobił stolarz, uszyła kobieta, wszystko, co z takim trudem stworzyli mężczyźni i kobiety, zamieni się w poplątane podziemne korytarze, drążone przez tajemną w swoim przeznaczeniu ciecz, jego pamięć nadal pozostanie żywa”. Postanawia więc wszystko bacznie obserwować i na bieżąco dokumentować, „zważając na najdrobniejsze szczegóły, zrozumiał bowiem, że przeoczenie pozornie nieistotnej rzeczy oznacza przyznanie się, iż stoimy bezbronni na wiszącym moście rozpiętym pomiędzy porządkiem i rozpadem”. Fotografie Wojtka Moskwy z cyklu Wędrówka dusz to dokumentacja kruchej równowagi, osobisty dziennik karmicznej podróży, obserwowania przemijania świata i sansary, której fotografia nie zatrzyma, ale pomoże powiązać znaki, które poszerzać będą horyzont pracującej pamięci i dadzą, względnie trwały, przekraczający ramy jednego życia efekt. Centralne, proste kadry opisać można poprzez odniesienie do uważności, powstrzymania, oddalenia i kontemplacji, wyrzeczenia, ale też uczestnictwa. Nad tym wszystkim unosi się pytanie, czy fotografie są, czy mogą być medium duchowego ćwiczenia i doświadczenia. Czy mogą być bramą w zaświaty? Wydaje się, że tak, ale pod warunkiem, że Sansara odpuści bycie en vogue. To, co proponuje Moskwa, świadomie lub nie, to inny krąg wtajemniczenia, doświadczenie mniej chwilowe, za to trwalsze i głębsze przeżycie, moment świadomości przemiany, łańcucha przemian. Zdjęcie ziemianki przedstawia grób własny fotografa. Miejsce, w którym artysta wyruszając krętą ścieżką rozwoju chowa winy, zdrady, urazy i ambicje, wszystkie te iluzje i mrzonki nienasyconego artystycznego ego. Zamyka na skobelek i kłódkę, a klucz wyrzuca w zaspę śniegu, by nie korcił go powrót do dawnych wcieleń i minionych obrazków.
Bliskim może nie tyle fotografii, co postawy i filozofii Wojtka Moskwy mógłby być Józef Augustyn Świtkowski (JAS), lwowski artysta i wykładowca akademicki, a zarazem zapalony jogin i autor licznych publikacji fundamentalnych dla współczesnego dyskursu ezoterycznego. To właśnie dyskurs ezoteryczny i próba znalezienia własnej „drogi w światy nadzmysłowe”, a nie fotografie Świtkowskiego do dziś rezonują w kulturze. Fotograficzna sztuka JAS-a nie została zapomniana, ale znana jest wyłącznie wąskiemu kręgowi specjalistów. Z pewnością w jej recepcji nie pomogła historia, która przetoczyła się przez Lwów, z którym był związany i gdzie jest pochowany. Kolejne wojny i czystki, wymuszone migracje i ruinacje odbiły się na spoistości archiwów, grzebiąc dorobek wielu wybitnych postaci z Henrykiem Mikolaschem i JAS-em na czele. Moskwę i Świtkowskiego łączy rodzaj spokoju, pewnej siebie kompozycji, ale też używanie fotografii jako dopełnienia poszukiwań duchowych. Fotografia bywa retorycznym pytaniem skierowanym do odbiorcy, którym równie dobrze może być zdumiony swym dziełem autor. „Dziś, gdy szaleje pandemia zdarza mi się panikować, przyznaję,” pisze Moskwa w komentarzu do zdjęcia ziemianki. „Jednak patrząc na fotografię, mimo że w kontrze, widzę Jego światło. Jestem w spokojnym oku cyklonu. Wczoraj, przed pójściem spać zmówiłem modlitwę. Nie ze strachu, jak dawniej. W nocy do pamiętnika wpisałem kilka zdań, w tym jedno pytanie. Jak to się skończyło?”
Adam Mazur luty 2026